IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sir Ian

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sir Ian

avatar


PisanieTemat: Sir Ian   Wto Maj 17, 2016 3:55 pm

Godność: Ian Hill
Ród: Marbrand
Wiek: 19 lat (247 AC)
Miejsce urodzenia: Ashemark
Stanowisko/Zawód: Błędny rycerz, bękarci syn lorda Marbranda

Wygląd:
Postawą nie wyróżniający się, Ian jest średniego wzrostu długowłosym blondynem. Spośród samych cech wyglądu to właśnie jego proste, długie włosy są tym, czym zwraca na siebie największą uwagę. Młody rycerz o błękitnych oczach i wiecznie obecnym na twarzy uśmiechu wygląda na bardzo przyjazną i godną zaufania osobę. Ian ma raczej przeciętną twarz, która jednak na swój sposób ma trochę nieuchwytnego świadomie uroku. Możliwe, że częściowo składa się na to cała pozytywna, marzycielska i częściowo naiwna aura, jaką roztacza wobec siebie ten wciąż jeszcze trochę niewinny chłopak - wszakże nic nie dodaje tak piękna, jak szczery, radosny uśmiech.
Najczęściej, prawie zawsze, można go zobaczyć w jego lekkiej zbroi, z mieczem przytroczonym do pasa i tarczą na plecach - oczywiście wszystko idealnie wyczyszczone i wyszorowane. Ian niesamowicie dba o swoją własność i bardzo szanuje każdy cenny przedmiot, sam będąc jeno ubogim podróżnym rycerzykiem. Niezmiernie często w jego rękach, nawet gdy jedzie konno, można zobaczyć jego ukochaną lutnię, na której brzdąka, śpiewając znane sobie swoje i nieswoje pieśni lub układając nową balladę, najpewniej na cześć swej wybranki. Rycerz jest osobą, której obecność w pobliżu potrafi podnieść na duchu i rozweselić wielu, poprawiając im dzień.

Osobowość:
Niesamowicie pozytywny, dobroduszny, cnotliwy i dobry, zawsze skłonny do pomocy - tak można określić Iana. Rycerz nie stroni od pomagania innym i bardzo chętnie posłuży zarówno dłonią, jak i mieczem, nie bojąc się stanąć w obronie napastowanych. Bardzo mocno stara się, by być przykładem dla innych. Skłonny do żartów i zabaw, uwielbia śpiewać i grać na lutni, często wieczorami siedząc przed karczmą pogrywa i pośpiewuje ku ogólnej uciesze słuchaczy. Jako prawdziwie błędny rycerz Ian ma swoją wybrankę serca, dla obrony honoru której nie boi się walczyć nawet na śmierć i życie. Ian szanuje jednak żywot i nie lubi zabijać ani pozwalać innym tego robić, choć w przypadku śmiertelnej obrazy jego pani, cios Iana będzie równie śmiertelny - tak samo sprawa ma się, gdyby od tego, czy zabije bandytę zależy życie ratowanej osoby - gdy trzeba, Ian potrafi zabić, preferuje jednak rozwiązania bardziej pokojowe.
Typowo, rycerz jest ogromnym marzycielem. Często godzinami potrafi myśleć na sobie tylko znane tematy, brzdąkając na lutni i nucąc swoją melodię, podczas gdy jego koń powoli prowadzi go w nieznane pustymi dróżkami. Choć pomaga całkowicie z dobroci serca, a swoich ballad i pieśni nie traktuje jako źródła zarobku, ludzie zawsze chętnie mu się odwdzięczają, czy to poprzez zapewnienie noclegu, czy obiad lub prowiant na dalszą drogę, czy nawet przez parę drobnych.
Ian jest także, niestety, osobą dość łatwowierną, ufną i naiwną. Osoby o złych intencjach łatwo mogą go oszukać. Poza tym, potrafi być porywczy i czasem zdarza mu się działać zanim jeszcze w pełni zrozumie sytuację i zanim pomyśli, jak należy działać. Ale przecież liczą się dobre intencje, prawda?

Historia:
Ian urodził się w roku 247 AC jako syn lorda Marbranda i córki młynarza. Z początku niechętny do przygarnięcia bękarta, lord Marbrand ostatecznie zdecydował się zabrać Iana do swego zamku na parę dni przed jego narodzinami. Podobno gdy zobaczył swojego nowonarodzonego bękarciego syna, miał wyrzuty sumienia, że w ogóle myślał nad pozostawieniem go razem z matką - tak przynajmniej słyszał od swej rodzicielki, córki młynarza, gdzieś w wieku pięciu lat, w trakcie jedynego spotkania z kobietą, na parę tygodni przed jej śmiercią spowodowaną chorobą.

Lord Marbrand nie był złym ojcem dla Iana. Daleko było mu do typowych ojców-rolników, co to lubili wypić za ciężko uzbierane miedziane krążki, był jednak bardzo wymagający względem swojego bękarciego syna i nie dawał mu żadnej taryfy ulgowej. Po prawdzie, nie bronił Iana nawet przed traktowaniem go przez innych obecnych na dworze jak byle bękarta. Zapewnił swemu synowi podstawową edukację - nauczono Iana czytać i pisać, liczyć, którą stroną trzymać miecz i jak używać tarczy - nie przykładał jednak zbytniej wagi do tego, by jego bękarciemu synowi dostarczono pełną wiedzę godną syna lorda. Sam Ian też niezbyt był zainteresowany zarządzaniem ani polityką.

W wieku około ośmiu lat, na skutek spotkania na dworze jakiegoś podróżnego barda, Ian zainteresował się poezją. Po zasłyszeniu pieśni o zwycięstwie wspaniałego Robba Reyne'a nad trzykrotnie bardziej liczebnymi, połączonymi wojskami rebeliantów Hightowera i Tyrella nieopodal Gorzkiego Mostu, młody bękart pokochał pieśni i przez pozostały czas pobytu pieśniarza w Ashemark towarzyszył mu dzień w dzień, cały czas prosząc go o kolejną pieśń, kolejny wiersz czy balladę. Prawdopodobnie to właśnie ten irytujący, niezrażony burkliwymi odpowiedziami zmęczonego i zdenerwowanego barda chłopak był bezpośrednim powodem przyspieszonego wyjazdu poety z zamku lorda Marbranda. Miłość do poezji została jednak już zaszczepiona w Ianie, a sam chłopak - nie umiejąc śpiewać ni grać na lutni, nie znając się też na wierszoklectwie - począł pisywać swoją z początku beznadziejną poezję.

Gdy Ian miał dziewięć lat, na dwór przybył wędrowny rycerz, sir Aliston. Lord Marbrand od razu zaproponował gościowi swego bękarciego syna na giermka, widząc zafascynowanie Iana poezją i walką, oraz będąc już lekko znużonym trzymaniem tego chłopca na swoim dworze. Aliston, nieposiadający giermka, ale posiadający za to pustą sakiewkę bez większego wahania przystał na propozycję lorda Ashemark i tak, praktycznie z dnia na dzień, zmieniło się życie chłopca. Odrobinę bogatszy rycerz wraz ze swoim giermkiem wyruszyli w drogę.

Życie u boku sir Alistona, tak inne od wychowywania się na zamku, szybko przypadło do gustu Ianowi. Na trakcie nie widział na każdym kroku nieprzychylnych spojrzeń ani drwiących uśmieszków, które czasem towarzyszyły mu na dworze ojca. Co prawda posiłki były mniej wykwintne i nie było czasu na zabawę, jednak bardzo szybko okazało się, że Aliston i Ian podzielają pasję, jaką był śpiew i poezja. Co prawda z rycerza kiepski był wojownik, pieśniarzem jednak Aliston był znakomitym, choć niestety wcale nie sławnym. Dniami, w trakcie jazdy traktem, dwójka często umilała sobie podróż śpiewem i grą rycerza na lutni, a wieczorami, przed zachodem słońca, seriami ćwiczeń walki mieczem. Aliston nie był bogatym rycerzem, prawdę powiedziawszy ledwo co wiązał koniec z końcem, nie mieli więc pieniędzy na zakup drugiej lutni dla Iana czy tarczy dla niego, z tego względu ich treningowe pojedynki były bardzo często improwizowane, gdzie raz jeden, raz drugi korzystał tylko z miecza, a nauka gry na instrumencie odbywała się powoli, gdyż musieli sobie co chwilę przekazywać lutnię.

Nie trwało jednak długo, nim bękart Marbranda dorównał swoją grą i śpiewem Alistonowi, a ostatecznie nawet go w tym przegonił. Teraz, gdy zatrzymywali się w wioskach czy karczmach, to często młody giermek przygrywał rycerzowi, gdy ten śpiewał, czasem odwrotnie, a nawet - rzadko, co prawda - Aliston chwalił się swym uczniem i pozwalał, by cały występ należał do Iana. Jednak nawet mimo ponadprzeciętnych umiejętności Iana zżytej już dwójce nie udało się uzbierać dostatecznie dużo pieniędzy na zakup instrumentu dla młodszego. Zawsze musiał znaleźć się ważniejszy wydatek - czy to zwykłe jedzenie lub czasem nocleg w karczmie, czy ubrania dla rosnącego chłopca, czy później coś, na co rycerz długo zbierał, na co nawet odłożył część pieniędzy od lorda Marbranda - zbroja dla chłopaka. Ani jednak na lutnię, ani na tarczę pieniędzy im nie starczyło.

Jako uczeń dobrego i poczciwego, choć co prawda nieco głupiego i naiwnego Alistona, Ian szybko nauczył się, jakimi wartościami powinien kierować się dobry rycerz. Zarówno z wychowania przez rycerza, jak i pomny swojego życia na dworze ojca Ian wyniósł wartości, którymi zdecydował się kierować. Za cel życia postawił sobie pomagać każdemu w potrzebie i być wzorem dla jak największej liczby ludzi. Chciał swoją osobą odganiać od ludzi smutki i troski, swą muzyką i poezją znużone serca wypełniać radością, swą ręką pomagać strudzonym, a swoim mieczem i tarczą - gdy wreszcie ją będzie miał - bronić uciskanych, nieważne jakiego stanu.

Gdy w roku 263 AC przyszła jesień, jego mentor zachorował. Ian, będący już wtedy szesnastoletnim chłopcem, martwił się o człowieka, który był dla niego niczym ojciec. Zatrzymali się w jakiejś karczmie, giermek wybłagał u właściciela niższe koszta zakwaterowania i jedzenia - co właściwie graniczyło z cudem, a i tak udało mu się strącić cenę tego wszystkiego o ledwie marne grosze - i zaczął opiekować się człowiekiem, który tak wiele dla niego zrobił przez ostatnie siedem lat. Opróżnili sakiewkę, sprzedali konia Iana, a sam giermek łapał się każdej pracy, szukał każdego miedziaka, byle tylko mieć czym opłacić kolejną dobę, byle móc kupić kolejną miskę słabej jakości gulaszu dla swego opiekuna. Jednak nawet mimo tego, nawet mimo opieki lokalnego znachora, Aliston niknął w oczach. Obaj byli świadomi, że rycerz nie dożyje końca miesiąca, ale Ian nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że najbliższa mu osoba umrze. Gdy jednak pewnego wieczoru, po ciężkim dniu pomagania każdemu, komu tylko się dało wrócił do ich pokoju w karczmie, zastał swojego mentora siedzącego na łóżku, ubranego, z mieczem i tarczą u boku. Nie była to jednak oznaka wyzdrowienia - twarz Alistona była okropnie zmęczona, oczy podkrążone, skóra niezdrowo blada, a całe ciało mężczyzny - wychudzone. Rycerz był świadom swej rychłej śmierci i postanowił przed odejściem pasować swojego giermka na rycerza. Po ceremonii oraz emocjonalnej, szczerej rozmowie dwójki, Aliston przekazał Ianowi cały swój dobytek - to jest wszystko to, co miał przy sobie, a więc miecz, zbroję, swoje ubrania, tarczę, lutnię i konia - i, okropnie zmęczony, udał się na spoczynek.

Spoczynek okazał się być tym ostatnim. Rano, po przebudzeniu, Ian ze smutkiem stwierdził, że jego mentor nie żyje. Po pochowaniu i pożegnaniu sir Alistona, Ian wyruszył na Alabaście, starym koniu swego nauczyciela, w dalszą drogę, przybity i smutny. Po drodze zmuszony był sprzedać część odziedziczonego po swym opiekunie dobytku, by mieć za co jeść lub uzupełnić własny ekwipunek, zostawiając jednak sobie lutnię po swym mistrzu i tarczę, którą teraz nosił jako własną. Nie tak długo potem padł z niewiadomego młodemu rycerzowi powodu koń po sir Alistonie. Niesamowitym łutem szczęścia miejscem, do którego przybył strudzony Ian był Seagard, gdzie znano sir Alistona. Po poznaniu historii Iana, przyjęto go na służbę u lorda, a jego szkoleniem zajął się obecny tam rycerz, sir Barristan, który był jednym z najlepszych wojowników Dorzecza. Pomógł on wyciągnąć z młodego rycerza ukryty potencjał i nauczył go wiele. W trakcie pobytu na dworze lorda Mallistera Ian nareszcie pogodził się ze śmiercią swego opiekuna i ponownie przysiągł, tym razem jeszcze pewniej, że będzie służył pomocą każdemu, kto tylko pomocy potrzebować będzie.

Gdy w połowie roku 265 Po Lądowaniu Aegona sir Barristan, po pojedynku wygranym przez wychowanka sir Alistona, przyznał, że nie może już Iana niczego więcej nauczyć, młody rycerz opuścił dwór lorda Mallistera, wpierw dziękując swemu nauczycielowi za wyszkolenie go, a lordowi Mallisterowi - za przyjęcie go na służbę i danie schronienia. Pan Seagardu pożegnał go, a Ian wyruszył na podróż na południe, do Reach. Nim jednak opuścił Dorzecze, zahaczył o Riverrun... I spotkał tam największe szczęście swojego życia, słońce swego świata, gwiazdę prowadzącą go ciemną nocą, źródło szczęścia pośrodku pustyni żałości, biel dobra pośród czerni złego świata, rudowłosą boginię i swoje własne serce, lady Elyanę Tully. Gdy pierwszy raz zobaczył ją z daleka, jego serce zabiło tak mocno, jakby chciało uciec z jego klatki piersiowej prosto ku temu aniołowi. Był jednak tylko biednym, wędrownym rycerzem, nic nie znaczącym bękartem Marbranda, młodzikiem, który niczym się nie miał okazji wsławić w świecie, niezauważalnym cieniem, byle pyłem leżącym przy drodze, którą przypadkiem, nieświadoma łaski, jaką mu tym zrobiła, stąpać postanowiła najpiękniejsza istota Westeros, ba! całego świata. Był dosłownie nikim dla tej boskiej osóbki, nie był godzien nawet czyścić błota z jej pantofelków czy patrzeć choćby na nią, a co dopiero myśleć, że tak wspaniała istota, z jej rudą kaskadą włosów, prześlicznym uśmiechem i czujnymi, inteligentnymi, cudownymi jak ona cała oczami może zaszczycić go choćby lekceważącym rzutem oka. Od dnia tego spotkania jednak długo wieczorami nie mógł zasnąć, myśląc o tej piękności. Nie mógł wytrzymać choćby godziny, połowy, kwadransa, nawet i dziesięciu minut bez jednej myśli o niej. Na trakcie, zmarzniętymi palcami, szarpał struny swej lutni, a z jego ust, prócz pary, wydobywały się ciche, pełne bólu i tęsknoty słowa układające się w pieśń na cześć Elyany Tully, kobiety, której imię i nazwisko po jednokrotnym zasłyszeniu zapadło mu w pamięć tak głęboko, że najpewniej pamiętałby je nawet po zapomnieniu własnego.

Nie ukazał się pani swego serca. Dotarł do Reach, gdzie - wciąż wspominając swą panią - pomagał każdemu, kto tylko jego pomocy potrzebował, wieczorami grając i śpiewając pieśni i ballady o dawnych zwycięstwach, o dzielnych wojach czy o pewnej piękności z zamku z trzech stron otoczonego wodą, stąpającego po ziemi istnego anioła, rozświetlającego mroki złej nocy, niosącego dobro. Anioła, pod którego stopami ustępowała zima, a ziemia ożywała, wyrastały kwiaty. Nigdy niezachodzącego słońca. Śpiewał o tym z takim przejęciem, z tak wielką pasją i miłością, że poruszał nawet najbardziej nieczułe serca, a starcy uśmiechali się z rozrzewnieniem i z błyszczącymi oczami wspominali swoją własną młodość, gdy jak Ian całymi dniami wzdychali z tęsknoty do tej jedynej, najpiękniejszej, najwspanialszej.

Młodemu rycerzowi, pchanemu tęsknotą, parę razy zdarzyło się wyzwać na pojedynek innego rycerza, który ośmielił się nie przyznać, że to Elyana Tully jest najpiękniejszą niewiastą Westeros. Nigdy jednak nie zabił pokonanego w takim pojedynku przeciwnika, darując mu życie i dyshonor, jakim obłożył jego panią nie uznając jej za najpiękniejszą. Każdemu zdarzyć się przecież mogło być głupcem, popełnić błąd, a sam Ian nie był chętny do uśmiercania ludzi. Poza tym, świadom był, że mordowanie w imię anioła może nie być najrozsądniejszym wyborem. Nie darowałby sobie, gdyby pani jego serca spojrzała na niego nieprzychylnie, gdyby uśmiercał ludzi w jej imieniu. Nikt ze spotkanych dotychczas nie ośmielił się przecież obrazić śmiertelnie jego pani, każdy z nich po prostu nie znał jej piękna i dobra, a sam Ian ostatecznie, powołując się na dobro i miłosierdzie gwiazdy prowadzącej go przez ciemną noc, dawał łaskę ludziom, z którymi się pojedynkował.

Umiejętności:
- Wrodzony refleks (3p)
- Kultura i historia (1 poziom, 1p)
- Spostrzegawczość (1 poziom, 1p)
- Pieśniarstwo (3 poziom, 6p)
- Krótki miecz (4 poziom, 10p)
- Jazda konno (2 poziom, 3p)
- Tarcze (2 poziom, 3p)
- Lekka zbroja (2p)
- Kopie (2p)
- Parowanie (2p)

- Znajomość Języka Wspólnego

Wyposażenie:
- Koń "Płotka"
- Lekka zbroja
- Tarcza
- Krótki miecz
- Lutnia


Ostatnio zmieniony przez Sir Ian dnia Sob Maj 21, 2016 10:10 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Pan Światła
R'hllor, Serce Płomieni, Bóg Ognia i Cienia
avatar


PisanieTemat: Re: Sir Ian   Sob Maj 21, 2016 8:57 pm

Akcept (+5pkt.)
Wiele błogosławieństw dla Ciebie, szczęścia w mylości!
Powrót do góry Go down
http://plio.forumpolish.com
 
Sir Ian
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pieśń Lodu i Ognia :: Archiwum :: Archiwum :: Sesja II :: Karty Postaci-
Skocz do: